Przejdź do treści

Epizod 06

Sala przesłuchań, Warszawa, Ministerstwo Obrony,
Departament Bezpieczeństwa

Na ścianie wisiał monitor.
Cichy, bezlitosny prostokąt światła.

W programie informacyjnym powtarzano właśnie fragment sygnału Obcych:
Krótkie impulsy, matematyczne proporcje, przerwy tak precyzyjne, jakby ktoś pukał nie do drzwi Ziemi, lecz do jej sumienia.

Profesor Kasperski siedział po drugiej stronie metalowego stołu. Bez kajdan… Jeszcze.

Naprzeciw niego
— pułkownik służb specjalnych. Mundur miał nienaganny. Argumenty — coraz mniej.

— Pan rozumie, profesorze, że prowadził pan nieautoryzowany kontakt z obiektem pozaziemskim?

Kasperski spojrzał na monitor.

— Nie. Ja próbowałem odpowiedzieć komuś, kto pierwszy raz od tysięcy lat zapytał Ziemię, czy jest tu ktoś rozumny.

— To nie pan decyduje, kto odpowiada w imieniu państwa.

— Właśnie dlatego nie odpowiadałem w imieniu państwa.

Pułkownik zmrużył oczy.

— W takim razie w czyim?

Profesor pochylił się lekko.

— W imieniu tej części ludzkości, która jeszcze nie myli kontaktu z przejęciem, dialogu z rozkazem, a Wszechświata z poligonem.

Na monitorze sygnał powtórzył się znowu. Trzy serie. Pauza. Trzy serie. Dłuższa pauza i kolejne serie.

Pułkownik odwrócił głowę. Przez sekundę patrzył nie jak oficer, lecz jak człowiek, który usłyszał coś większego od własnego stanowiska.

— Pan sobie zdaje sprawę, że jeśli to pułapka…

— Jeśli to pułapka, panie pułkowniku, to już w nią wpadliśmy. Nie dlatego, że oni nadlecieli. Tylko dlatego, że naszym pierwszym odruchem było aresztować tłumacza.

Oficer zamilkł.

— Pańskie działania mogą zostać uznane za zagrożenie bezpieczeństwa narodowego.

— A pańskie za zagrożenie bezpieczeństwa gatunkowego.

Słowo zawisło w powietrzu ciężej niż rozkaz.

Pułkownik oparł dłonie na stole.

— Proszę uważać.

— Uważam od chwili, gdy pierwszy impuls nie pasował do komety. Od chwili, gdy zrozumiałem, że ktoś po drugiej stronie nie celuje w nas bronią, tylko pytaniem. I że my — jak zwykle — szukamy kabury.

W sali przesłuchań zrobiło się cicho.

Z telewizora dobiegł głos prezentera:

— …naukowcy nie wykluczają, że sygnał ma strukturę celowej odpowiedzi…

Pułkownik wyłączył dźwięk pilotem.

— Czego oni chcą?

Kasperski spojrzał mu prosto w oczy.

— Tego właśnie próbuję się dowiedzieć. Ale do tego potrzebuję Planetarium, zespołu i wolności. Nie przesłuchania w piwnicy państwa, które boi się własnego cienia.

— To nie jest piwnica.

— Tym gorzej. Bo to znaczy, że zrobiliście ją na najwyższym piętrze.


Oficer zacisnął szczękę. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał zakończyć rozmowę jednym podpisem.

Ale monitor znowu rozbłysnął.

Impuls. Pauza. Impuls. Pauza. Trzy długie linie światła.

Pułkownik spojrzał na ekran.

— Jeśli pana wypuszczę, będzie pan działał pod nadzorem.

— Oczywiście.

— Każda transmisja będzie rejestrowana.

— Powinna być.

— Żadnych samodzielnych decyzji.

Profesor uśmiechnął się blado.

— Panie pułkowniku, przy pierwszym kontakcie z Obcymi wszystkie decyzje są samodzielne. Nawet tchórzostwo.


Oficer długo patrzył na niego bez słowa.

Potem sięgnął po telefon.

— Przygotować transport. Profesor Kasperski wraca do Szczecina. Do Planetarium.

Po drugiej stronie słuchawki ktoś zaprotestował.

Pułkownik przerwał mu ostro:

— Nie. Nie jako zatrzymany. Jako człowiek, który ma zrobić to, czego my najwyraźniej nie potrafimy.

Odłożył telefon.


Kasperski wstał powoli i zapytał.

— A co pan wpisze w raporcie?

Pułkownik spojrzał na monitor, gdzie sygnał Obcych migotał jak dalekie, cierpliwe oskarżenie i odpowiedział:

— Że z powodów operacyjnych odstąpiono od zatrzymania.

Profesor skinął głową.

— To wersja dla ludzi?

Oficer nie odpowiedział, lecz sam zapytał:

— A jaka jest pańska odpowiedź?

Kasperski podniósł z krzesła płaszcz.

— Że przez jedną minutę w tym budynku wygrała…

Nie władza.

Nie strach.

Nie procedura… Zatrzymał się przy drzwiach.

— Tylko rozum.


Pułkownik nie patrzył już na niego. Patrzył na monitor I pierwszy raz tego dnia wyglądał, jakby zrozumiał, że Obcy nie przylecieli sprawdzić naszą technologię. Przylecieli sprawdzić, czy mamy jeszcze twarz.

W sali przesłuchań w Warszawie nie zgasł ekran monitora z transmisją telewizji informacyjnej. Na żywo pokazywano kosmiczny błysk nad Alaską.
Potem identyczny nad Barceloną.
Następny nad Busan.

Profesor, przed zamknięciem drzwi, zatrzymał się, odwrócił się do pułkownika i wychodząc, mimo że nikt mu jeszcze nie pozwolił, rzekł:
To koniec.
Czego koniec? – wycedził funkcjonariusz.
Koniec monopolu na prawdę.
Z tym nie walczy się dekretami.
Z tym się rozmawia.

Po nieudanej próbie odizolowania naukowców, profesorowi pozwolono wrócić do Planetarium.

***

Kiedy profesor wszedł do kuli, Ida i Lena tam były.
Kopuła ciągle pobrzmiewała echem ostatniego impulsu, jakby światło przechowywało pamięć.


Profesor spojrzał na nich i powiedział:

– Nie da się stłumić głosu, który nie wymaga głośników.
Obcy wybrali światło.
A światło zawsze trafi tam, gdzie ma trafić.

Lena dodała cicho:

To nie jest kontakt. To jest dialog.
A my jesteśmy na linii.

Kopuła rozświetliła się delikatnym, głębokim błękitem
— kolorem, który od tamtej chwili nazywano „barwą Atlasu”.

Kula Planetarium wyświetla ciągle wiadomość końcową

Gdy sygnał wygasał, kopuła w Szczecinie zajaśniała ostatnim komunikatem:

π → e → √2 → 1 → 1 → 2

Jakby ktoś mówił:

„Rozumieliście pierwszą wiadomość.
Zrozumiecie i tę.
Kontynuujemy rozmowę.”

Technik uklęknął na podłodze.
Tak po prostu – z wrażenia.

Koniec epizodu 6